Warrior Rush – rycerzyk w pojedynku ze śmiertelnymi pułapkami

0
464

Są takie gry, które od początku zapadają w pamięć i powraca się do nich z wielką chęcią. Bywają również takie, które nie powalają dosłownie niczym. Niestety do tej drugiej kategorii muszę wpisać opisywaną dziś produkcję, a mianowicie Warrior Rush.

Cała zabawa podzielona jest na 10 epizodów. Żeby uruchomić kolejny, musimy najpierw przejść całe 100% poprzedniego. Plansze są dość rozbudowane i to zazwyczaj sprawia największy problem. W Warrior Rush nie ma bowiem punktów zapisu. Konsekwencją jest fakt, że jeden błąd na 99% zaawansowania poziomu wystarczy, by wywaliło nas z planszy. Zniechęceni taką sytuacją, z mniejszą już satysfakcją podchodzimy do kolejnej próby.

Jak już zdążyłam wspomnieć, poszczególne plansze przechodzimy ,,w procentach”. Dopóki nie uda nam się dojść do końca i pokonać bossa (często rzucającego w nas różnymi obiektami i ogólnie rzecz ujmując – utrudniającego nam życie), nie awansujemy. 100% jest więc wymaganiem do otwarcia wrot następnego epizodu.

Sterowanie ogranicza się w zasadzie do skakania. Co jakiś czas na ekranie pojawiają się power-upy, dzięki którym mamy okazję na oddanie podwójnego skoku, czy tym podobnych. Czy to jest jakiś szczególny powód do radości, zważając na to, że przeszkadzajki są zawsze takie same a bitwy z bossami monotonne? Zdecydowanie nie.

Jeżeli miałabym wybierać miejsce, w jakim w Warrior Rush każdy będzie mógł zagrać z radością, będzie to kibelkowe posiedzenie (i to chyba tylko na siku), albo bunkier podczas wielomiesięcznej epidemii. Nie polecam, a odważnym i lubiących monotonię, polecam testy 🙂