Torque Burnout – czujecie już ten smród palonej gumy?

0
518

Przypomniałem sobie ostatnio, że jest taka gra Need For Speed. Gram sobie w nią na konsoli i świetnie się bawię, jak za starych dobrych czasów. Zapomniałem już jednak, że takie produkcje uzależniają i przez to zmuszony byłem pobrać podobną gierkę na smartfona. Mój wybór padł na Torque Burnout, nowość, w której będziecie… palić gumę!

Torque Burnout nie ścigamy się z innymi autami na ulicach miasta. Mamy do swoich wybryków wyznaczony swego rodzaju tor, gdzie możemy szaleć do woli, zdobywać punkty, wirtualną walutę i EXP. Aha, no i w tym przypadku prawie w ogóle nie liczy się prędkość. Chodzi tylko o nasze umiejętności hamowania, czy jak kto woli – kręcenia „kółeczek” na asfalcie.

Prawdopodobnie nie każdemu spodoba się fakt, że w opisywanej produkcji do dyspozycji ma się głównie samochody w stylu retro. Jest tu – rzecz jasna – kilka bardziej nowoczesnych modeli, ale ponieważ nie potrzebujemy wielu koni mechanicznych, a jedynie dobre opony i sprawne hamulce, to przecież nie trzeba BMW, a wystarczy coś a’la Fiat 125p.

Torque Burnout to kilka rodzajów rozgrywki. Mamy tu próbę czasową, Challenge podzielony na plansze oraz rywalizację z komputerowymi graczami. Nie wszystkie tryby dostępne są od razu, podobnie jak nie ma w nich na starcie niektórych przeszkód. Wszystko odblokowujemy z czasem. Oczywiście, potrzeba do tego pełnego zaangażowania i to przez więcej niż parę minut.

Gra z tego wpisu nie jest wyjątkowo realistyczna, ale jeżeli nie jesteście bardzo wymagający w kwestiach wirtualno-motoryzacyjnych, nie będziecie musieli w Torque Burnout przeklinać pod nosem. A na pewno nie powiecie złego słowa o sterowaniu, które zostało tak uproszczone, by sprawiało jak najwięcej frajdy, a nie wymagało żmudnych treningów.

Nie obyło się w Torque Burnout bez mikropłatności, ale te są raczej propozycją przede wszystkim dla największych napaleńców, którym zależy na tym, by mieć wszystko szybko i bez większego wysiłku. Reszcie pozostaje bardziej się starać, ale przecież to jest właśnie największa frajda, prawda? 🙂