Gummy Drop – żelkowa… drożyzna

0
1265

Wielu umarlaków, kosmitów oraz szalonych naukowców starało się opanować wirtualny świat. Koniec końców, nie udało się to żadnemu z nich, ale cały czas wiążą oni swoje nadzieje z kolorowymi żelkami. Czy słusznie? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie w sposób jednoznaczny, choć na pewno gierka Gummy Drop daje nam do zrozumienia, że galaretowate słodycze mogą być niebezpieczne!

Moja pierwsza randka z Gummy Drop rozpoczęła się nie najlepiej. Najpierw gra uruchomiła się, po czym w trakcie ładowania odmówiła posłuszeństwa i całkowicie się wyłączyła. Przy kolejnej próbie było podobnie, ale na szczęście problemy udało mi się dość szybko zażegnać.

Nie ma co owijać w bawełnę – Gummy Drop to przedstawiciel gatunku match-3. Choć najważniejszymi elementami tej gierki są kolorowe żelki, akcja rozgrywa się na czymś w rodzaju wirtualnego, papierowego albumu czy też atlasu podróży. Zbudowany on jest z mapek, które symbolizują konkretne miasta, składające się z kolei z plansz, w jakich przychodzi nam się zmierzyć z łamigłówkowymi wyzwaniami.

Jak to zwykle bywa, na samym początku uczy się nas, w jaki sposób łączyć słodycze, zdobywać wymyślne kombinacje oraz zgarniać dużą ilość punktów. Wszystko wydaje się piękne, mało skomplikowane i skutecznie zabijające nudę. Niestety, w okolicach dziesiątego poziomu szara rzeczywistość, a raczej brutalna prawda, daje o sobie znać.

Autorom opisywanej produkcji najbardziej nie jestem w stanie wybaczyć limitu żyć, który w tym przypadku składa się nie z pięciu, lecz zaledwie trzech serduszek. Jeżeli myślicie, że dzięki temu regeneracja odbywa się w szybszym tempie, mylicie się. W Gummy Drop jedno życie pojawia się raz na prawie dwadzieścia minut, co na pewno nie jest zbyt dobrym wynikiem.

Już na pierwszych etapach Gummy Drop sprawia wrażenie apki stworzonej do nabijania ludzi w butelkę. Kiedy zaczyna nam nie wychodzić realizacja zadania, na ekranie pojawiają się zachęcające bannery ukazujące oferty sklepiku z power-upami i „dodawaczami” ruchów. Te drugie – co prawda – można zdobyć też kręcąc specjalnym kołem fortuny, ale… cóż, lepiej chyba zagrać w Totka.

Pod względem wizualnym gierka na pewno wypada całkiem nieźle. Szkoda tylko, że przez mikropłatności człowiek nie jest w stanie skupić się na zabawie, a jedynie trzyma się za portfel z obawy o to, by nie stracić jego zawartości.