Captain Rocket – panie kapitanie, uwaga na rakiety!

0
399

Podobno wszyscy fani nieskomplikowanej (ale trudnej do opanowania) rozgrywki spędzają obecnie czas z Captain Rocket. Nie jestem w stanie tego w żaden sposób sprawdzić, ale nie byłbym sobą, gdybym sam nie wypróbował tej produkcji. I chociaż nie wciągnęła mnie na tyle, bym zapomniał o otaczającym mnie świecie, śmiało mogę napisać, iż jest godna zainteresowania.

Opisywana w tym wpisie produkcja należy do aplikacji podobnych do sławnego Flappy Birda. Co to oznacza? Ano to, że nie możecie tutaj liczyć na całą masę dodatków oraz zróżnicowanych plansz. Wszystko, co będziecie musieli robić można wytłumaczyć w jednym zdaniu. Czy to dobrze, czy nie, musicie już ocenić sami.

captain

Nie jestem w stu procentach przekonany, kim jest bohater Captain Rocket. Na szczęście, proste gierki mają to do siebie, że w kwestii fabuły pozwalają nam na rozwinięcie wyobraźni. I właśnie dlatego mogę teraz napisać, iż tytułowy kapitan to dowódca rakietowego statku, a jego skakanie po broni dalekiego zasięgu to nic innego jak skutek awarii na wspomnianej maszynie.

Do dyspozycji gracza oddano w Captain Rocket dwa przyciski dotykowe. Jeden z nich zawiera strzałeczkę w lewo, a drugi – w prawo. Jak pewnie już się domyślacie, wspomniane elementy służą do poruszania. Jeżeli jednak myślcie, że ich opanowanie jest przysłowiową bułką z masłem, bardzo szybko zmienicie zdanie, kiedy już wypróbujecie je w praktyce.

captain1

Captain Rocket chodzi tylko i wyłącznie o śrubowanie rekordów dystansowych, które wyrażone są w przebytych metrach. Nie ma tutaj miejsca na żadne poziomy, a tym, co wyróżnia od siebie każdą rozgrywkę jest rozmieszczenie wirtualnych rakiet oraz przeszkód w postaci chociażby wiązek lasera.

Szczerze powiedziawszy, brakuje mi w opisywanej produkcji tego „czegoś”. Gra jest niby fajna i miło spędza się z nią czas, ale już po kilku minutach zaczynamy stwierdzać, że zaczyna nam się nudzić. I – niestety – wtedy nic nie możemy z tym zrobić, ponieważ twórcy Captain Rocket nie zdecydowali się ani na sklepik z gadżetami, ani chociażby kilku bohaterów, którzy na pewno na swój sposób mogliby pomóc w chwilach wyjątkowego „zamulenia”.